Fajne zdjęcie.


Zorganizowanie własnej wystawy zdjęć i zaproszenie na nią zainteresowanych, to rzecz niełatwa do zrobienia, (ale nie znaczy, że niewykonalna!). Sam nie wiem, na czym polega ten problem. Może jest tak, że promowanie młodych talentów nie należy do przesadnie pielęgnowanych obowiązków przez lokalne władze kultury, albo sami zainteresowani nie chcą w taki sposób dzielić się własnym dorobkiem artystycznym. Ubolewam nad tym, bo sposób przeżywania czegokolwiek powinien mieć swoje miejsce na wspomnianej właśnie wystawie, gdzie w skupieniu możemy oglądać prace i przy okazji mamy możliwość spotkania się z samym autorem.
Przez to w dalszym ciągu najprostszym sposobem na zaproszenie do zapoznania się z czyjąś twórczością jest internet, który w tym wypadku powinien posłużyć, co najwyżej, jako propagator odwiedzenia czyjeś wystawy. Stąd też stykamy się w większości z typowo reklamiarskim charakterem stron, gdzie w skrajnych przypadkach twórczość potrafi być przeplatana z kosztorysem. Poza tym podróż po stronach internetowych odbywa się zazwyczaj w tempie atomowym, gdzie człowiek jest w stanie obejrzeć kilkadziesiąt obrazów w ciągu jednej minuty – trudno wówczas docenić czyjś talent lub jego absolutny brak. Stąd też moim takim niewypowiedzianym głośno życzeniem jest chęć stworzenia strony, która stanie się, chociaż dla kilku osób miejscem traktowanym jak przystań przed kolejną feerią kolorowych mignięć.  
Czym tak naprawdę kończy się próba stworzenia czegoś na kształt wystawy w internecie? Obecnie mamy do dyspozycji kilka wiodących serwisów, gdzie możemy umieszczać swoje zdjęcia, które są powodem dalszej wymiany poglądów, interpretowania ich treści i dzielenia się technicznymi wskazówkami. Problem, na który chcę zwrócić Waszą uwagę zaczyna się od momentu, kiedy poszczególne osoby postanawiają podzielić się z nami wrażeniami na temat naszej pracy. Podkreślę od razu, że jestem naprawdę daleki od idei zarezerwowanej dla portali literackich, która to ma za zadanie pilnować przestrzegania gramatycznej dyscypliny. Martwi mnie bardziej powszechna oszczędność w słowach, nierzadko zamykająca się w samych znakach i enigmatycznych symbolach. Dopóki rzecz się dzieje na skromnych, nieczęsto podlewanych „ogródkach” to jest to absolutnie do wybaczenia, bo dotyczy najczęściej świeżo upieczonych właścicieli aparatu, którzy chcą znaleźć kogoś, kto pomoże im doszukać się jakichś pierwszych oznak artyzmu na ich zdjęciach. Jest to ich święte prawo i trzeba to jak najbardziej uszanować, bo takie społeczności stanowią większość, która tworzy każdy popularny serwis. Natomiast wyraźne pogorszenie sprawy widać przy okazji oceniania świadomie tworzonych prac, które są prawdziwym odbiciem intencji autora. Dlatego zanim przejdę do dalszych wniosków muszę podkreślić kolejną rzecz- nie ma tutaj głównego znaczenia nasza wiedza, postawa wobec innych czy choćby „pozycja” na takim serwisie. W gruncie rzeczy znaczenie ma dosłownie jedna rzecz- chęć odczytywania, a niekiedy odtwarzania wspomnianej intencji autora.
Mając przed oczami dzieło (nie bójmy się tego słowa) wolimy zajmować się jedynie wyniesionymi z teorii zasadami poprawnego kadrowania, poddawać wątpliwości znaczenie właściwego ostrzenia obiektów czy wreszcie sugerować autorowi by wrócił ponownie w tamto miejsce i zrobił na nowo zdjęcie. Idealnym przykładem takiej ignorancji był znany dzisiaj eksperyment fotografa André Rabelo, który w 2006 roku poddał ocenie zdjęcie „Hyères, France, 1932″ Henri’ego Cartiera-Bressona na jednym z serwisów trudniącym się w radykalnym selekcjonowaniu zdjęć. Jak można się było spodziewać internauci nie docenili zdjęcia człowieka, który jest uznawany za ojca fotoreportażu i polecono usunąć je z serwisu. Jako ciekawostkę należy dodać, że dwa lata później to samo zdjęcie zostało wylicytowane na pewnej aukcji za przyprawiającą o mdłości sumę 265 tys. dolarów. Skoro, zatem mowa o wydobywaniu treści …       Nie mam w swoich zamiarach proponować korepetycji z poprawnego zachwycania się nad czyjąś twórczością czy uczyć krytyki - tej prawidłowo rozumianej. Mam za to wrażenie, że spora ilość osób przeglądająca codziennie zdjęcia w sieci nie docenia potencjału, jaki można z powodzeniem znaleźć w ich opisach (wyłączając opisy autorów, którzy czasami nie darzą zaufaniem swoich potencjalnych odbiorców i wolą wyłożyć im wszystko na tacy). Tutaj przechodzimy do meritum sprawy. 
Zarówno ci, którzy błądzą stawiając swoje pierwsze kroki w fotografii, jak i ci, którzy tworzą ją umyślnie powinni w moim odczuciu poświęcać pewien procent czasu na analizę zdjęć (nawet własnych). W ten sposób zdecydowanie łatwiej wyrobić w sobie swojego rodzaju intuicję, która powinna być nieodłączną cechą każdego obserwatora. Jeżeli chcemy być, choć trochę wrażliwi na sztukę, to powinniśmy z miejsca zrezygnować z posługiwania się generalnymi kategoriami takimi jak: fajne/nie fajne, (które zresztą wcale nikogo nie uskrzydlają). Zdaję sobie sprawę, że każdy z nas na dźwięk słów:, „Co poeta miał na myśli?” nerwowo rozgląda się na wszystkie strony, albo wpada w kontrolowaną zadumę. Na szczęście tutaj nikt nie będzie nas rozliczać z tego jak bardzo zbliżyliśmy się do sedna sprawy, albo jak bardzo się od niego oddaliliśmy. Natomiast samo podjęcie się analizy, nawet czasem błędnej, będzie tak samo pobudzać wyobraźnię, jak widok zdjęcia, które poddajemy właśnie ocenie. 
Po pewnym czasie uprawiania takiej słownej szermierki na temat tego, co widzimy dociera się do miejsca, które nie jest dostępne od razu dla każdego. To jest właśnie charakterystyczny moment, kiedy najpierw zobaczymy zdjęcie w myślach i uwierzcie mi na słowo - nie będziecie go wtedy za wszelką cenę szukać w internecie. Pójdziecie je po prostu zrobić.