Amator czy profesjonalista?

      Czy jest możliwe być gorszym lub lepszym entuzjastą fotografii? To pytanie może wydać się Wam dziwne, ale przyglądając się temu, w jaki sposób traktują się ludzie, których przecież wspólnym mianownikiem jest ta sama pasja odnoszę wrażenie, że gubią gdzieś po drodze jej sens. Ktoś może mi zaraz zarzucić, że pomysł by wrzucać do jednego worka ludzi, którzy są od lat zjadaczami fotografii i ludzi, którzy niedawno kupili swoją pierwszą lustrzankę jest godzeniem w dobre imię tych pierwszych. Nie ma nic bardziej deprecjonującego dla amatora jak moment, kiedy postanowi podzielić się swoją pierwszą pracą w sieci. Co się przeważnie wtedy dzieje? Ludzie są formatowani, a ściślej rzecz ujmując formatuje się ich postrzeganie fotografii. To nie jest już wtedy próba złapania płochliwych marzeń tylko niezaplanowany udział w czyimś dyktandzie, w czyimś często mylnym wyobrażeniu. Nie znaczy to, że należy bezwzględnie pochwalać poczynania każdego, kto zaczyna, żeby tylko nie stracił sprzed oczu widoku rozciągających się dla niego perspektyw. 
Wyobraźcie sobie taką sytuację, że jesteście np. zapalonym wędkarzem i ktoś bardzo chce u Waszego boku spróbować swoich sił. Zniechęcicie go szybko do wędkarstwa powtarzając mu do znudzenia, że źle trzyma wędkę, że nie potrafi dobrze zarzucić przynęty. A co najgorsze! Gdy i tak uda mu się złowić jakiś okaz, to szybko przekonacie go, że był to czysty przypadek i nie powinien mieć powodu do zadowolenia. Absurdalne, prawda?
Rzeczą bezsporną jest, że fotografia to działka dla indywidualistów i próżno szukać tu takich, którzy chętnie dzielą się wiedzą, albo lubią robić zdjęcia w towarzystwie innych oglądających świat przez wizjer. Zatem początkujący powinni wbić sobie do głowy to, że każdy, kto dzisiaj może pochwalić się autorską wystawą czy choćby udziałem w sesjach dla wiodących magazynów robił to odkąd tylko dostał do ręki aparat. Większość zaczepianych przeze mnie fotografów sprawiała dokładnie takie wrażenie jak powyżej. Wszelka konsultacja z takimi przypomina podstępną próbę podpięcia się jakimś przewodem pod ich głowy by potem nieświadomie okradać ich z wrażliwości i talentu. Dlatego najczęściej nie wiesz, co ich inspiruje, na co zwracają szczególną uwagę, co poradziliby ci na samym początku przygody z fotografią.
Kolejną sprawą, na którą chciałbym zwrócić Waszą uwagę jest sam sprzęt. Często ci najbardziej uznawani zderzają się z taką opinią, że skoro robią tak dobre zdjęcia, to muszą być w posiadaniu, albo, chociaż mieć dostęp do tych najdroższych narzędzi. Po trochu wspomniałem o tym przy okazji rubryki ”kilka słów o tym, co robię”, kiedy pisałem o norweskim szefie kuchni Geiru Skeie. To porównanie znajduje podobne zastosowanie u fotografów, których sukces bywa przypisywany markowym sprzętom z najwyższej półki. Nie ma nic bardziej mylnego! Owszem aparat potrafi ułatwić wiele rzeczy zanim ostatecznie naciśniemy spust migawki, ale nikt nigdy nie skonstruuje prototypu, który będzie robić za nas zdjęcia – włączając w to nasze poczucie estetyki, kreatywność czy zwykłą ludzką przekorę do celowego pogwałcania standardów. Żywym dowodem na to bywają ci zaangażowani w dyskusje o posiadanym sprzęcie i o planach na zakup kolejnego, by potem zapraszać gości do podziwiania ich domowych wystaw. Zwróćcie uwagę, że przy okazji ich wymiany zdań nie pojawia się ani jedno zdjęcie zrobione jednym z tych supernowoczesnych sprzętów. Osobiście nie wyobrażam sobie być kolekcjonerem wyczynowych aut i jednocześnie nie potrafić i nie chcieć wykrzesać z nich tej metafizycznej mocy, o której tak lubię rozprawiać przy okazji oprowadzania po przepastnym garażu. W takiej sytuacji nie można chyba poskąpić uroku starszemu panu, który lubi, co niedzielę przegonić w towarzystwie wnuczka swoją starą, poczciwą Wołgę.    
Jak odróżnić amatora od profesjonalisty? A może inaczej. Czy trzeba za wszelką cenę odróżniać jednych od drugich? Moim zdaniem sedno tkwi w czymś innym. Jeżeli zdarzyło się Wam natrafić na jakieś zdjęcie, które wywarło na Was wrażenie, a potem, gdy zapoznaliście się z pozostałymi pracami autora stwierdziliście, że rozmija się z powołaniem, to znaczy, że w ostatecznym rozrachunku jest amatorem? To jest wystarczający dowód na to, jak mało dzieli jednych od drugich. Zwracam Waszą uwagę na to także ze względu na niepotrzebnie wytwarzającą się linię podziału na gorszych i lepszych, która czasem bywa jedynym argumentem dla kogoś, kto nie potrafi przebić się przez gąszcz krytyki i rezygnuje z siebie i z tego, co być może dawało mu przyjemność. Jedyną różnicę, jaką ja osobiście dopuszczam to taka, że od człowieka potocznie nazywanego profesjonalistą oczekuje się konkretnych wrażeń estetycznych i stosowanych konwencji – taki awans chyba znacznie utrudnia utrzymanie w spokoju autonomii własnej twórczości.      
Nie ufajcie bezkrytycznie we wszystko, co o sobie przeczytacie, bierzcie sobie do serca uwagi tych, którym na Was zależy i najważniejsze – nie dajcie odebrać sobie ochoty na marzenia. Wtedy będziecie profesjonalistami. Dlaczego? Bo każdy nowy projekt to dla każdego nowe wyzwanie i nie jest prawdą, że ktoś, kto robi od nas dłużej zdjęcia nie musi się już z niczym zmierzać i że przed nim światło czy cień nie zastawia pułapek. Tak naprawdę każdy, kto po raz kolejny bierze aparat do ręki zaczyna od nowa. Jeżeli nie potrafimy "na świeżo" spojrzeć na fotografowany obiekt i obudzić w sobie naiwności początkującego, to szybko staniemy się zakładnikami własnego talentu, który będzie przypominać opowiedzianą do końca historię - bez szans na jej ciąg dalszy.